Nadal wszystko było dla mnie dziwne, nowe, niespodziewane:
jeszcze godzinę z okładem temu siedziałam w mieszkanku, popijając sok i
dyskutując o umowie, a teraz co? W najlepsze leżę sobie w domu mojego szefa,
zaledwie ścianę (nawet nie wiem, jak grubą) od jego sypialni. W dodatku zostałam zabrana z własnej
woli i… tym razem zostałam zapytana o zgodę. Wstałam, krążąc chwilę po
przestrzeni co najmniej trzy razy większej od mojego dotychczasowego pokoju, rozglądając
się.
Na jednej ze ścian zauważyłam wkręcone w ścianę mocowania do ramek, co
mogło oznaczać, że mam przyzwolenie na zawieszenie kilku rysunków i zdjęć, żeby
poczuć się nieco bardziej swobodnie, co natychmiast wykorzystałam, wieszając
antyramy. Skąd on mógł to wiedzieć... W szafie znalazłam wieszaki i półki, więc przyciągnęłam do siebie walizkę, wyciągając z niej rzeczy. Tak jak
pakowanie zajęło mi więcej czasu, rozpakowywanie było pestką: rozwiesiłam to,
co trzeba było rozwiesić, inne rzeczy poskładałam w porządku, buty wylądowały
na dnie szafy, poustawiane parami, a ja poczułam się o wiele lepiej, mogąc
zmienić ciężkie traperki na lekkie, miękkie kapcie, w których było mi
przyjemnie.
Na biurku znalazł miejsce mój laptop, kosz z aparatem, przesunięty
nieco w bok i bonsai, którego nie chciałam stawiać na parapecie. W tym miejscu
do pokoju wpadało znacznie więcej słońca, więc nie chciałam wysuszyć mojej
rośliny na wiór. Na pasującej do reszty umeblowania półce, wyglądającej tak,
jakby została wstawiona celowo do pokoju, rozłożyłam książki, tworząc
biblioteczkę. Z każdą kolejną minutą nabierałam poczucia, że odnalazłam się w
miejscu marzeń. Tylko jaka będzie tego cena?
Nie chciałam pokazać się Jaredowi w takim stanie, jak teraz: spocona, podejrzewałam również, że nie wyglądałam najlepiej, co w efekcie tym bardziej mogłoby
zniechęcić go do tego, czy podjął dobrą decyzję, więc złapałam kosmetyczkę, ręcznik,
świeże ubrania i popędziłam do łazienki. Wystarczyło, żebym przestąpiła jej
próg, natychmiast szeroko otwierając usta. Pomieszczenie przekroczyło moje
najśmielsze oczekiwania: białe i czarne kafelki, którymi wyłożona była podłoga,
podobne do kafelek na dole, przypominały posadzkę w lodziarni, a w samej
łazience znajdowała się wyjątkowo duża kabina, która pozwalała mi sądzić, że z
pewnością w tym samym czasie mogłyby brać prysznic dwie osoby. Na ścianach do
pewnego momentu również położone były białe, kwadratowe kafle, nieco większe od
tych podłogowych, a całość oświetlało kilka nowoczesnych kinkietów,
wiszących przy ścianach. Całość uzupełniała prostokątna umywalka, wmontowana w
ścianę, nad którą wisiało podświetlane lustro, otoczone półeczkami, gdzie
mogłam rozłożyć kosmetyki.
Spędziłam dłuższy moment, jednak dość oszczędny pod
strumieniami wody, lejącymi się z deszczownicy. Jak dobrze było poczuć na
skórze zapach ulubionego płynu z nutką brzoskwini. Przebrałam się w sukienkę,
dość zwiewną, ale nie za krótką, mając w pamięci to, jak najczęściej reagują
mężczyźni na nieco swobodniejszy strój kobiet, po czym rozczesałam i wysuszyłam
włosy, chwilę czekając, aż ułożą się w falę. Miałam to szczęście, że podobnie
jak mojej mamie włosy po myciu nigdy się nie puszyły, wyglądając przy tym jak
dopracowane afro. Jeszcze tylko mało pasujące co prawda do całego stroju puszyste kapcie, (nie chciałam brudzić podłóg butami) i byłam gotowa.
Kiedy wyszłam z pokoju, doszedł do mnie zapach czegoś
smażonego, a po chwili usłyszałam dźwięki siekania. Podążając za wonią, stanęłam w progu kuchni, patrząc,
jak Jared ze związanymi włosami stoi plecami do mnie, nucąc coś cicho, ubrany w
czarną, ale nieco prześwitującą koszulę, jedną ręką podrzucając coś delikatnie na
głębokiej patelni, chyba nawet woku, a obok niego leży na płaskim talerzu cały
stosik pokrojonej w cienkie paski żółtej, zielonej i czerwonej papryki. W
naturalnym świetle widziałam, jak zebrane razem w kitkę końcówki delikatnie
lśnią, więc bezszelestnie podeszłam bliżej, siadając przy wysepce i
przyglądając się. Z tej perspektywy miałam zupełnie inne widoki: nie zdawałam
sobie przedtem sprawy, że Jared aż tak dokładnie i w uporządkowany sposób
przygotowuje posiłki, dosłownie jak w tych wszystkich programach kulinarnych,
układając poszczególne składniki w miseczkach i na talerzykach, odmierzając
ilości produktów z iście zegarmistrzowską precyzją. Gdyby widział, jak czasem
zdarzało mi się gotować, wątpię, żeby tknął cokolwiek przygotowanego przeze
mnie. Zobaczyłam, jak na patelni prażą się posiekane orzechy, pachnące mi nieco
pinią, do których dorzucił nieco suszonego, również drobno posiekanego chili i
cebulę, po czym dodał całą, dość sporą miseczkę brązowego, ugotowanego
wcześniej ryżu, z którego wilgoć po zetknięciu z gorącą powierzchnią naczynia
zaczęła z sykiem parować. Nie czekał długo, wrzucając najpierw pokrojoną w
kostkę, wyglądającą na podgotowaną marchewkę, później kilka większych różyczek brokuła, paprykę i ziarna
świeżej kukurydzy, dopiero co obrane z kolby – widziałam liście, zebrane obok
na papierowej torbie, zalewając wszystko szklanką wody mineralnej i dokładnie
mieszając. Przez chwilę poczułam się jak pies Pawłowa, kiedy zebrała mi się w
ustach wilgoć, bo choć oduczyłam się jeść mięso tak często, jak kiedyś, taka
mieszanka smaków, oparta wyłącznie na warzywach, mogła być całkiem ciekawa.
Odwrócił się, przyciągając do siebie stołek, ale kiedy mnie zobaczył, zamarł na
krótki moment.
- Nawet cię nie zauważyłem. – wyciągnął z ucha słuchawkę
iPoda, przypiętego do kieszeni. – Rzadko słucham muzyki, której sam nie
napisałem, ale jeśli już do tego dochodzi, zatracam się w niej do reszty. Długo
już tu jesteś?
- Może pięć minut, nie więcej. Jesteś bardzo uporządkowany.
– wskazałam na miseczki, stojące na blacie.
- Dziękuję. To ułatwia życie, sama kiedyś zauważysz.
- Co szykujesz?
- Pomyślałem, że wspólnie z Emmą, Dianą i Yasirem zjemy,
trochę porozmawiamy, żebyś mogła poznać nas nieco bliżej. Na pewno jesteś
onieśmielona całą tą sytuacją. Poza tym, myślę, że lunch przyda się każdemu z
nas. – dodając, na siedząco sypnął przygotowaną wcześniej sowitą porcję ziół,
lekko doprawił potrawę solą i pieprzem, wymieszał zawartość patelni, po czym
wstał, wyciągając z szafki nad nim kilka miseczek i widelców. – Najlepsze jest
ciepłe, pomożesz mi zanieść?
- Jasne, wezmę trzy. Umiem nosić takie porcje. – dodałam,
kiedy spojrzał na mnie niepewnie, już schylając się po tacę. – Dam radę bez,
nie musisz.
- Nałożę trochę. – ustawił naczynia w rządku, porcjując po
równo ryż i dodatki, posypując każde z dań porwanymi w palcach listkami
kolendry, której kilka niewielkich łodyżek urwał z krzaczka, rosnącego na
parapecie. W tym przypominał mnie: bez świeżych ziół nie wyobrażałam sobie
mojej kuchni.
- Ładnie to wygląda, prawie jak w restauracji. –
skomentowałam sposób prezentacji całego dania.
Na zajęciach raz czy dwa robiliśmy
zdjęcia jedzenia, które w ogóle mi nie wychodziły, ponieważ zawsze umieszczałam
dookoła elementy dekoracyjne, które przykuwały uwagę bardziej, niż samo danie,
które musiałam sfotografować. Nie ukrywam, ale robienie zdjęć wylosowanego
przeze mnie makaronu z serem nie należy do najłatwiejszych, ponieważ całe danie
na talerzu, jeśli źle się je nałoży, wygląda jak biała, wymieszana górka
składników. Jedynym atutem po tych zajęciach było to, że mogliśmy z
premedytacją zjeść wszystkie przywiezione przez nas potrawy. Cóż, nie zdążyłam
nawet spróbować własnego brownie, ponieważ zniknęło szybciej, niż się na to
nastawiałam.
- Wiesz, że w tym, co powiedziałaś, jest sporo prawdy? –
Jared szeroko się uśmiechnął. – Pożyczyłem sobie przepis z jednej z moich
ulubionych, malutkich knajpek nieopodal Malibu. Tam zawsze serwują takie
proste, ale wbrew pozorom pełne smaku potrawy. Sama zobaczysz.
- Długo już tak gotujesz?
- Będzie trochę lat. Nie wyobrażam sobie już teraz innej
kuchni, jak ta. Po części sam też projektowałem to miejsce, tą kuchnię, żeby
jak najwygodniej wszystko mi się przygotowywało.
Kiedy podniosłam pełne miseczki, były już ciepłe. Znałam
drogę do „ula”, więc niosąc ostrożnie lunch, zeszłam na sam dół, lekko
popychając bokiem drzwi do biura.
- Jared przygotował lunch, częstujcie się. – postawiłam przed
Dianą, Yasirem i siedzącą obok niego Emmą miseczki.
- A ty? – Yasir wskazał na swoją miseczkę. – Nie jesteś
głodna? Gdzie masz swój lunch?
- Ja mam. – zza pleców dobiegł nas dźwięk głosu Jareda,
który podał mi białą, porcelanową miseczkę, łapiąc po chwili ręką jedno z
krzeseł na kółkach, przyciągając je do siebie. – Częstuj się.
- O wilku mowa, a on tu. – zaśmiałam się, najpierw ciągnąc
dla siebie krzesło, po czym usiadłam, trzymając w dłoniach naczynie. –
Dziękuję. – skinęłam mu głową.
- Nie ma sprawy. - odparł z szerokim uśmiechem.
- Więc, Nia, co tak właściwie sprawiło, że będziemy
pracowali razem? – Emma skubnęła różyczkę brokuła, delikatnie na niego
dmuchając.
- Poznaliśmy się jakieś dwa miesiące temu w dość dziwnych
okolicznościach. – zaczęłam opowiadać, wracając do samego początku zwariowanej
historii.
- Siedem tygodni temu, dwa miesiące będą w przyszłym
tygodniu. – Jared wtrącił się, doprecyzowując czas naszego pierwszego
spotkania.
- Serio liczyłeś?
- Zdarza się. – uśmiechnął się znad widelca, na którym
leżała niewielka górka warzyw. – Ale o tym powiem ci później.
- Więc, wracając do historii: miałam mały wypadek po drodze
na zajęcia, a Jared zajął się mną i moim pokrwawionym kolanem. Przepraszam, że
to powiem, ale sądziłam, że na pomocy się skończy i zapomnimy o sprawie, jednak
spotkaliśmy się po raz kolejny na moich warsztatach fotograficznych.
- To stamtąd tak pędziłeś. – Emma natychmiast połączyła ze
sobą fakty. – Z uczelni Nii.
- Rzeczywiście, to był poniedziałek, a ja nie chciałem się
spóźnić. Wiesz przecież, że unikam takich sytuacji jak ognia.
- To wszystko wyjaśnia. – pokiwała głową.
- Super, wiemy już, co robisz. Skąd jesteś, z Teksasu? – tym
razem spytała Diana, zaskakując mnie tym, ponieważ wydawało mi się na pierwszy
rzut oka, że jest dosyć małomówna. Może wystarczy dać jej nieco czasu, a
zrozumie?
- Żartujesz? – szeroko się uśmiechnęłam. – Nie, nie jestem
ze Stanów. Pochodzę z Hiszpanii.
- Naprawdę? Wow, podobno nad Morzem Śródziemnym jest prawie
tak ciepło, jak tutaj, w Kalifornii.
- Pogoda… w sumie może być podobna, ale w zeszłym roku była
dość chłodna zima, ale nie taka, jak w Madrycie.
- Czyli?
- Po raz pierwszy przeżyłam Święta bez śniegu, za to z
palmami. Mama śmiała się, że wybrałam chyba tropiki. – szeroko się
uśmiechnęłam, pamiętając historię zdjęć, które wysłałam rodzince w Boże
Narodzenie. – Oni pojechali z Clarą do naszej rodziny w Pireneje.
- Dla nas to zupełnie normalne, co roku robimy ognisko ze s’mores
i gitarami… - Jared szeroko się uśmiechnął, słysząc moje wyznanie. – A na narty
jeździmy bardziej na północ, nie uwierzysz, ale nawet w Kalifornii są miejsca,
w których zimą można poszaleć, a później napić się dobrej, gorącej herbaty. Kim
jest Clara?
- To moja młodsza siostra, uczy się w trzeciej klasie na
poziomie amerykańskich „middle school”.
Nie wiedziałam, jak mam wytłumaczyć Jaredowi, że hiszpański
drugi etap edukacji obowiązkowej trwa aż cztery lata, więc tylko i wyłącznie
dlatego odwołałam się do znanego mu porównania.
- Wracając do tematu: albo grzanego wina lub gorącej
czekolady, jak kto woli. – Yasir uśmiechnął się delikatnie. – Tak przynajmniej
lubi kończyć nasze wypady na narty moja żona. Zresztą ja też.
- To jedne z najlepszych dni w roku, wyłączając oczywiście
świąteczny obiad u Constance. – dodała Emma.
- To moja mama. – Jared wyprzedził moje nieme pytanie. –
Koniecznie musisz ją poznać, jest wspaniałą kobietą. Skąd, u licha, Emma znała
mamę Jareda?
- Wracając do tematu: a wy, jak się tu znaleźliście? – byłam
szczerze ciekawa obecności całej grupki w kręgu, w którym siedzieliśmy.
Emma cicho zaczęła opowiadać.
- Znamy się z Jaredem już od dawna, czekaj, ile to będzie? –
spojrzała na niego pytająco. – Pięć czy sześć lat?
- Coś koło sześciu. – odparł. - Na początku Emma została
przysłana przez wytwórnię, by opiekować się kontaktami między nimi a nami, zespołem,
jednak z czasem okazało się, że doskonale radzi sobie z obowiązkami, więc za
naszą wspólną zgodą została moją osobistą asystentką.
Odetchnęłam, uświadamiając sobie, że ich powitanie wynikało
z przyjaźni, a nie z jakichś głębszych powodów. Gdybym miała pracować z
dziewczyną mojego szefa, byłaby to absolutna porażka, gdyż wystarczyłby jeden
błąd i wszystko to, co otaczało mnie od bardzo krótkiej chwili, zwyczajnie
prysłoby jak bańka mydlana. Okej, mogłam powiedzieć, że również po części wyjaśniło się,
czemu Emma wie, kim jest tajemnicza Constance.
- My z Dianą znaleźliśmy się w The Hive za sprawą naboru na staż, a później Jared zaproponował nam
pozostanie i stałą, bezpieczną pracę. – Yasir szeroko się uśmiechał, trzymając
na kolanach prawie pustą miseczkę. – Wszystkim wyszło to chyba na dobre.
- To brzmi naprawdę dobrze. I jak się wam tu podoba?
- Czasem mamy dużo obowiązków, ale rekompensatą jest to, że
dzięki nam wiele osób jest szczęśliwych. Poza tym osiągamy sukcesy, cały czas
rozwijamy się i uczymy, więc nie mogę mieć powodów do narzekania. – Diana
pałała zadowoleniem, cóż, najwyraźniej ta praca sprawiała jej wiele radości. Z
niewolnika nie ma dobrego pracownika, a o tym wiedziałam doskonale.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie warto, bym się
zamartwiała i niepokoiła o własne bezpieczeństwo, bo jak zdążyłam się
dowiedzieć, lęk, jaki mnie ogarniał, był zupełnie zbędny. Jeśli siedzący wokół
mnie potwierdzali, że normalnie będę pracowała w firmie Jareda, mogłam uwierzyć
im na słowo. Zresztą, patrząc na biuro i siedzących w nim szczęśliwych ludzi,
nie musiałam szukać innych dowodów.
- Niedługo wyjeżdżamy, więc będą potrzebne nowe zdjęcia do
mediów, więc to idealny moment, że akurat jesteś tu razem z nami. – Jared
szeroko się uśmiechnął.
Szeroko otworzyłam oczy, słuchając długowłosego. Zdjęcia?
Kiedy? Jakie? Nasunęło mi się mnóstwo pytań, na które najprawdopodobniej na
razie miałam nie uzyskać odpowiedzi.
- Później ci powiem. – Jared uśmiechnął się, kończąc swój
ryż. – Na razie dam ci trochę spokoju, żebyś przyzwyczaiła się do nowego rytmu
pracy i zasad, rządzącymi tym miejscem. A później… przejdziemy do konkretów.
Okres próbny nie będący nim? Niekoniecznie, lepiej będzie go
nazwać: ochronnym.
Trzy dni później…
Korzystałam z okazji, wiedząc, że Jared wróci później i choć
zaraz po mojej przeprowadzce z niewielkiego, studenckiego pokoiku do jego domu
oprowadził mnie po całej posiadłości, chciałam zobaczyć ją jeszcze raz,
zupełnie sama. Choć była to zupełnie kawalerska willa, jeszcze nigdy, nawet
podczas przelotnego przejścia do biura nie zauważyłam ani śladu bałaganu.
Panował w nim zabójczy porządek, co sprawiało mi ogromną przyjemność.
Postanowiłam, że zacznę oglądać dom od samego dołu, otwartego parteru,
wychodzącego na ogród i basen, ale łatwiej było mi rozpocząć od drugiego
piętra, na którym znajdowały się sypialnia, którą mi udostępnił, jego własna,
kuchnia, w której już wylądowałam, mały pokoik gościnny, miejsce, które nazywał
„pokojem gitarowym”, które dla mnie było niczym innym, jak tylko pomieszczeniem
na instrumenty, syntezatory i nieużywane nuty oraz teksty, maleńki składzik
gospodarczy i wyjście na taras, ciągnący się przez całe piętro, ale po
przeciwnej stronie, niż nasze sypialnie, co dawało mi pewność, że nie będzie
mógł mnie podglądać, na przykład podczas snu.
Kiedy zeszłam po schodach na dół, ściany tej części domu
pokryte były w całości rysunkami nie z tego świata i napisami, wykonanymi
ręcznie przez wiele osób, co mogłam stwierdzić po różnych charakterach pisma.
Kiedy zbliżyłam się do jednej z nich, przyglądając się słowom, natrafiłam na
fragmenty, wyglądające z daleka jak linijki piosenek, ale też próby nieudolnych
konwersacji. Jedna z nich zmusiła mnie do śmiechu: „Gotowanie z Marsami jest
najlepsze na świecie!”, lecz już po chwili przeczytałam odpowiedź: „Nigdy
więcej nie gotuj, Jared!”. Cóż, papier, a tym bardziej ściana mają zdecydowanie
zdolność utrzymania napisanych na nich słów, jednak byłam zaskoczona, ponieważ
Jay, jak zdążyłam się już zorientować, całkiem nieźle gotował i nie potrafiłam
uwierzyć w naskrobaną naprędce opinię.
Przeciwległa ściana obklejona była kartkami papieru z
nadrukowanymi jedną czcionką słowami, takimi jak: „marzenia, muzyka, wina,
pożądanie, pasja, miłość, wiara, sny, nadzieja, spełnienie, emocje” a na
niewielkim blacie przed nią stała najprawdziwsza maszyna do popcornu, taka,
jaką czasem można znaleźć w cyrku lub znacznie częściej w kinie. Hmmm, a gdyby
tak spytać kiedyś Jaya, czy moglibyśmy pomyśleć o zorganizowaniu nocy filmowej? Może
zgodziłby się na to?
Szeroko otworzyłam drzwi do pozornie niewielkiego pokoiku,
obstawionego komputerami i klawiszami, a kiedy pokonałam stopień, zobaczyłam
komplet wiszących na stojaku gitar. Wiedziałam, że to serce domu, miejsce, w
którym Jared nagrywał swoje piosenki. Co prawda postanowiłam niczego nie dotykać,
jednak perspektywa stanięcia przed mikrofonem za ścianką, wykonaną z
pleksiglasu w dużych, miękkich słuchawkach Jaya na uszach była silniejsza i
moje pragnienie wygrało, więc już po kilku sekundach patrzyłam na siateczkę,
osłaniającą mikrofon, delikatnie dotykając jej dłonią. O dziwo, choć wyglądała
na masywną, była naprawdę przyjemna w dotyku. Kiedy oparłam się dłońmi o dwie
strony pokoiku, poczułam się tak, jakbym rzeczywiście nagrywała, ale
jednocześnie coś głośno krzyczało we mnie, że naruszam nie będącą moją
przestrzeń.
Wyszłam ze studia, zamykając za sobą dokładnie wszystkie
drzwi, po czym zeszłam na parter, gdzie znajdowało się biuro The Hive oraz drzwi, wychodzące na ogród
i basen. Już miałam kierować się ku wyjściu, gdy zauważyłam wtapiające się w białą ścianę, prawie że niezauważalne drzwi bez zewnętrznych zawiasów. Podeszłam do
nich, pociągając za "klamkę", jednak te ani drgnęły. Pociągnęłam mocniej, lecz w
odpowiedzi usłyszałam jedynie cichy stukot zablokowanego zamka. Co takiego
znajdowało się za nimi, że były zamknięte na klucz?
Zostałaś nominowana do LBA
OdpowiedzUsuńhttp://veronicastylelove.blogspot.com/
Dziękuję za nominację, dopełnię obowiązku jutro :)
UsuńS.
Nie wiem czy wiesz, ale kocham to opowiadanie <3 Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział <3
OdpowiedzUsuńTeraz już tak, dziękuję :)
UsuńS.
No niee, gotujący Jared? To za dużo, ideałideałideał XDDD
OdpowiedzUsuńAw, lubię atmosferę panującą w The Hive, sama z chęcią poznałabym takich ludzi, przyjemnie się czyta ♥
Kurczę, końcówka... Intryguje mnie! Czyżby Leto ukrywał tam coś przed Nią? Już sama nie wiem, czemu się spodziewać :(
Życzę weny, i pamiętaj, czasami nawet na biochemii można znaleźć niezłe natchnienie do pisania XD
trzymaj cię cieplutko♥
Podejrzewam, że te symbolicznie przypalone naleśniki to tylko pozory, a on sam umie gotować :)
UsuńJared ideałem? Jeszcze zdążysz się zdziwić, co dla niego przygotowałam... ;)
Dzięki za życzenia, zobaczymy, czy się spełnią :)
S.
Bardzo przyjemny rozdział. Fajnie mają w tym The Hive, każdy chciałby chyba pracować w takiej atmosferze. Jak wszyscy ciekawi mnie, co jest za tymi drzwiami, nie wiem czemu skojarzylo mi się to z pokojem Greya :D
OdpowiedzUsuńLicze, ze jednak znajdziesz czas na pisanie i tego Ci wlasnie życzę :)
Weny! Pozdrawiam,
C.
The Hive to u mnie miejsce, w którym każde indywiduum, szczególnie zafascynowane czymś w życiu znajdzie dla siebie kącik. Ubolewam wielce, że takie miejsca nie istnieją w rzeczywistości...
UsuńCo do pokoju: idea jest zupełnie różna, jak u Szarego, tak więc jest to tylko i wyłącznie stereotypowe (niezamierzone) nawiązanie. Choć Greya czytałam, nie mam zamiaru do niego nawiązywać w takim znaczeniu,jakie jest zaprezentowane w tejże trylogii.
Za życzenia dziękuję, wierzę, że uda mi się zagiąć czasoprzestrzeń i wymyślić jakieś rozwiązanie ;)
S.